Ku przestrodze
Wywiad z Andrzejem Wolfem

 
„Historia Ireny Sendlerowej” to niezwykły film zrealizowany przez Andrzeja Wolfa PSC, który był jego reżyserem, scenarzystą, autorem zdjęć i koproducentem. Sendlerowa z grupą współpracowników podczas II Wojny Światowej uratowała z warszawskiego getta dwa i pół tysiąca dzieci. Prowadziła przy tym listy z danymi osobowymi dzieci i ich rodzin. Dzięki temu po wojnie uratowani mogli poznać swoje prawdziwe pochodzenie. „Nie jestem żadną bohaterką. Po prostu robiłam to, co kazało mi serce” mówi w pierwszych sekundach filmu Irena Sendlerowa. Andrzej Wolf miał wyjątkową możliwość spędzić z nią ostatnie cztery lata jej życia. Zaprzyjaźnili się, a ona otworzyła się przed nim. W ten sposób powstało dziewięć godzin unikatowych nagrań, które stanowią podstawę filmu. Ich fragmenty przeplatane są materiałami archiwalnymi, a także niemymi inscenizacjami z Sonią Bohosiewicz w roli Ireny Sendlerowej. Premiera filmu odbyła się 27 stycznia 2016 roku w siedzibie Rady Europy w Strasburgu. Obecnie można go obejrzeć w serwisie ninateka.pl. W rozmowie z „FilmPRO” Andrzej Wolf opowiada o jego realizacji, o największych wyzwaniach z nią związanych, a także o planach stworzenia z posiadanych materiałów pełnometrażowego dokumentu.

W jaki sposób zrodził się pomysł na film? Wcześniej rzadko realizował pan filmy jako reżyser. 

Pierwszy film zrobiłem o wojnie w Czeczenii. Bardzo przejmujący, trwał 24 minuty. To był 1994 rok. Potem zrealizowałem półtoragodzinny film o festiwalu w Jarocinie. W przypadku najnowszego projektu zaczęło się od tego, że amerykańska reżyserka zatrudniła mnie jako operatora do filmu dokumentalnego o Irenie Sendlerowej. W ten sposób poznałem panią Irenę. Polubiliśmy się, pewnie dlatego, że nie traktowałem jej jak pomnika. Sendlerowa dowcipkowała, miała świetne poczucie humoru. Z drugiej strony bardzo nie lubiła głupich pytań, które często jej zadawano. Idąc do niej, trzeba było mieć wiedzę. Ja z kolei wiem na temat Holocaustu dużo więcej niż przeciętny Polak. Z żydowskiej części mojej rodziny przeżył tylko mój ojciec i babcia, wszyscy inni zginęli. Pani Irena nie musiała mi pewnych rzeczy tłumaczyć. Byłem dla niej partnerem do rozmów. Odwiedzałem ją już po zakończeniu amerykańskiej realizacji. Moim zdaniem nie wyczerpywała ona tematu. Wciąż wiele pytań cisnęło się na usta. A wiedziałem, że słowa pani Ireny są na wagę złota. Tak to się zaczęło – wiedziałem, że taki film musi powstać.

W warstwie obrazu udało się panu uzyskać w tym filmie efekt niezwykłej intymności. Czy takie założenie było od samego początku? 

To był jeden z warunków. Film by nie powstał, gdybym nie był operatorem z zawodu. Wszystkie rozmowy z panią Ireną powstały bez użycia jakiejkolwiek lampy. Zdecydowałem się też na malutkie kamery – HD Camy Z5. Musiały być nieduże i niewidoczne. Nie korzystałem z żadnego światła. Gdy pani Irena miała humor, wyjmowałem kamerę z torby i rejestrowałem nasze rozmowy. Siedziała pod oknem. Kadrowałem tak, żeby nie mieć tego okna, ale to światło się czuło. Jako blendy używałem drzwi naprzeciwko okna, które odbijały światło na jej twarz. Kamera często była z ręki, na wysokości kolan, poniżej linii wzroku. Wiedziałem, w jaki sposób ją trzymać, żeby się nie trzęsła. To wszystko sprawiło, że kamera jakby nie istniała. Pani Irena nie zgadzała się również na żaden mikrofon, ponieważ ktoś jej powiedział, że to źle wpływa na rozrusznik serca. To oczywiście nieprawda, ale nie było na ten temat dyskusji. Przestałem się przejmować dźwiękiem. Pani Irena nie miała zębów i nie chciała wstawić sztucznej szczęki. Mówiła więc trochę niewyraźnie. Stwierdziłem, że nie mam z tym problemu. Użyłem całej swojej wiedzy operatorskiej, żeby nie psuć filmu środkami technicznymi. Jako operator działałem przeciwko sobie. Chciałem po prostu uzyskać efekt maksymalnej intymności. Dzięki temu pani Irena przestała się mnie krępować. Udało mi się uzyskać fantastyczne, piękne, wzruszające zdjęcia. Cieszę się, że jestem operatorem, bo mam wrażenie, że reżyser nie umiałby uzyskać takiego efektu. Nie umiałby ocenić czy jest potrzebne światło, czy nie. Ja nie miałem takich wątpliwości.

Proces nagrywania trwał cztery lata. Czy w tym czasie kształtował się już ostateczny obraz filmu?

Od samego początku chciałem zrobić ten film ku przestrodze ale i ku pamięci. Chciałem pokazać, że w naszych dziadkach, pradziadkach była tęsknota za sprawiedliwą Polską. Pomóc bliźniemu – to było tego typu myślenie. Wiedziałem również, że chcę trafić przede wszystkim do młodych ludzi. Pani Irena zawsze miała postawę antybohaterską. Ale cechowała ją też niezwykła moc. Gdy się do niej wchodziło, od razu leciały łzy. Nie było w tym jakiejś histerii. Otwierało się coś takiego w człowieku, że nie mógł się powstrzymać. Dopiero po czwartej wizycie się na to uodporniłem. Ludzie z Krakowa mówili mi, że taką moc miał Karol Wojtyła, gdy był biskupem. Ona otwierała wszystko to, co najlepsze. Do końca życia umiała organizować ludzi. Żeby zrobić to wszystko, musiała to umieć. Po jej śmierci – a byłem przy niej do końca – zacząłem przeglądać nagrane materiały. Zdałem sobie sprawę, że powstało coś na kształt studium umierania. Ale nie pornografia śmierci. Widać po prostu ten proces odchodzenia. Do tego opowiadała mi przeróżne historie. Niektóre przepiękne. Inne z kolei zasmucające. Na przykład o młodych nauczycielach po dobrych uniwersytetach ze Stanów Zjednoczonych, którzy przyjechali do Polski, aby uczyć się o Holocauście. Spędzili w Polsce dwa tygodnie, wiedzę przekazywali im najlepsi historycy. Po dwóch tygodniach mieli spotkanie z panią Ireną. Nagle ktoś wstaje i pyta: „Skoro w getcie byli również bogaci Żydzi, dlaczego nie wynajęli adwokatów, którzy wybroniliby ich przed Niemcami?”. I wtedy pani Irena zrozumiała, że współcześni ludzie nigdy nie zrozumieją, czym był Holocaust. W hollywoodzkim filmie o Irenie Sendlerowej, do którego zdjęcia robił Jurek Zieliński, gestapo wchodzi i pokazuje blachę. Z drugiej strony ludzie w Polsce nie zdają sobie sprawy z mocy pani Ireny. W okolicach dnia jej śmierci na poświęconą jej stronę internetową wszedł ponad milion ludzi. Milion ludzi obeszła śmierć starszej pani. To niebywałe.

Kiedy powstał pomysł na uzupełnienie autentycznych nagrań sekwencją fabularną?

Od samego początku wiedziałem, że nie trafię do młodych ludzi bez inscenizacji. Proszę jednak zwrócić uwagę, że te inscenizacje są inne niż zazwyczaj: nie ma w nich dialogów. To była pierwsza rzecz – nie chciałem ich, żeby nie raziły sztucznością. Operatorsko natomiast zależało mi na tym, aby obraz nie był zbyt dobry. Kamera z ręki, ale profesjonalna, nie shaky cam. Precyzyjna ręka. Jeżeli zaś chodzi o optykę, użyłem ogniskowych, które były wykorzystywane w kronikalnych zapisach archiwalnych, a więc od 32 mm. Całość fotografowana jest bardzo klasycznie, tylko w większym kontraście. Chciałem to zrobić z pokorą i chyba się udało.

W jaki sposób udało się zdobyć finansowanie na część fabularną?

W Polsce świadomość działalności pani Ireny nie jest niestety zbyt duża. Przez długi czas chodziłem z tym materiałem w poszukiwaniu finansowania. Wreszcie otrzymałem pieniądze od Departamentu Mecenatu Państwa. Umowa była na trzynastominutowy film. Udało się zrobić dwudziestosiedmiominutowy. Sonia Bohosiewicz zagrała za symboliczne pieniądze. Michał Lorenc dał muzykę praktycznie za darmo. I tak dalej, i tak dalej. Lista ludzi, którzy mi pomogli, jest niesamowita. Są tu różne skomplikowane tricki, niewidoczne dla laika, green screeny i tak dalej. Cała sekwencja tramwajowa jest zrobiona na green screnach. Do tego w ekipie było jedenaście osób z Warszawskiej Szkoły Filmowej – niezwykle przejętych i maksymalnie zaangażowanych. Ksiądz Wojtek Drozdowicz użyczył nam miejsca w podziemiach Kościoła Kamedułów na Bielanach. W dwa dni zrobiliśmy wszystkie zdjęcia do sekwencji fabularnej – inaczej nie dalibyśmy rady.

Jak przebiegał wybór materiałów archiwalnych?
Historia tych materiałów jest przerażająca. Większość z nich zrealizowali niemieccy filmowcy z biura propagandy. Przyjechali do getta i wiele z tych rzeczy inscenizowali. Celem było przedstawienie obrzydliwego Żyda. Nakręcili porażający materiał, ale wydźwięk był zupełnie inny od zamierzonego. Ludzie współczuli. Schowano więc te materiały na całe lata. Część z nich posłużyła jako dowody w procesie norymberskim. Rosjanie to znaleźli, wywołali i rozesłali do sojuszników. Materiały te mają teraz wszyscy i nimi handlują. Kosztują ogromne pieniądze. Materiały, które wykorzystaliśmy w filmie, pochodzą z fundacji Stevena Spielberga. Gdy dowiedzieli się, że robimy film o pani Irenie, dali nam je za darmo. Materiały z fundacji Spielberga są poza tym odrestaurowane tak, jak powinno się to robić – zostawione ziarno, zanieczyszczenia taśmy. To było bardzo ważne.
Montowaliśmy film przez sześć tygodni. W tych materiałach są straszne zdjęcia. Nie można ich bezkarnie wybierać i oglądać, bo to do człowieka wraca. Często w nocy. Janek Minorowicz brał proszki na uspokojenie. Jednak dzięki nim film działa. Widzę, jaki jest odbiór młodzieży. Pokazywaliśmy film w Legionowie. Pracuję z młodzieżą i wiem, jak trudno osiągnąć ciszę. Po projekcji było cicho, jak makiem zasiał. Żadnych oklasków po filmie. Cisza. Zupełnie jak apel poległych. Wiem jedno – na pewno warto było robić ten film.

Obecnie pracuje pan nad finansowaniem filmu pełnometrażowego.
Chciałbym zrobić stuminutowy dokument. Materiałów jest bardzo dużo. Są piękne wypowiedzi. Zadałem pani Irenie pytanie o rolę seksu w trakcie wojny. Oni w każdej chwili mogli zginąć. Byliśmy sami w tym jej pokoiku i zapytałem: „Pani Ireno, czy pani miała czas na życie prywatne?”. A ona filuternie spojrzała mi głęboko w oczy i odpowiedziała: „Mąż był w oflagu, miałam różne flirty, ale nic więcej panu nie powiem, bo córka wraca”. Albo spytałem ją kiedyś, czy jest coś, czego w życiu żałowała. Odpowiedziała, że za mało uwagi poświęciła swoim dzieciom. To jest niesamowite wyznanie. A takich pięknych materiałów jest o wiele więcej. Chciałbym stworzyć z tego film o odchodzeniu. Poza tym zależy mi na dokręceniu sekwencji fabularnych. Są rzeczy, które absolutnie trzeba pokazać. Aresztowanie pani Ireny, jej wypuszczenie, sekwencje związane z Michałem Głowińskim, Bietą Ficowską. Gdy panią Irenę wykupiła Żegota, jej matka umierała. Była ciężko chora na serce. Nie było wtedy leków. Jej mama leżała na Woli na ulicy Ludwiki. Gestapo nie łapało w dzień. Wpadali do mieszkań nocą. Gdy zorientowali się, że Irena Sendlerowa nie została rozstrzelana, rozpoczęły się poszukiwania. W dzień pani Irenie zdarzało się przejść chyłkiem do mieszkania. Mama prosiła, żeby Irena przysięgła, że nie będzie na pogrzebie. Ona przysięgła. W trakcie pogrzebu na Powązkach gestapo obstawiło cmentarz. Bezskutecznie. Dlatego ona zawsze chciała być pochowana razem z mamą. Taka była jej ostatnia wola. Scena pożegnania jest niezwykle dramatyczna i poruszająca. Chciałbym, żeby powstała.

Rozmawiał Maciej Wernio

 

Ku przestrodze – Andrzej Wolf

Strony www

Brak stron www

W Akademii

Brak artykułów w Akademii